No i jesteśmy po pierwszym spotkaniu (jednym z pięciu na stopniu I), na którym poznaliśmy podstawowe kroki samby i walca angielskiego i jakiegoś tam tańca grupowego (chyba coś jak zorba czy kaczuszki), którym mamy rozpoczynać każde zajęcia. Było bardzo fajnie, dowcipnie i interesująco…. Radziłem sobie chyba łatwiej ze względu na treningi Taiji, które uczą mnie koordynacji i miękkości ruchów.
Na razie jest ok
Instruktor konkretny, doświadczony, lekko gadatliwy ale widać, że ma profesjonalne podejście… trochę się chwalił tradycjami, 15-letnim doświadczeniem…ale myślę, że nie są to puste przechwałki.
Podoba mi się forma kursu. Jest VI stopni i każdy wnosi coś nowego do wcześniej poznanych tańców (Na I stopniu poznaje się ich 8 – podstawowe kroki wszystkich ośmiu). Nie do końca nam przypasowało (bardziej Kasi niż mnie) to, że są zmiany w parach na drugiej próbie…. ale tak ponoć łatwiej się nauczyć.
Jestem dobrej myśli.
Jutro kolejny trening Taiji …bez “pchających dłoni” ale za to z korektą Lao Jia.




wrz 25, 2007 @ 21:15:00
No widzisz, nie jest tak źle.
Ja trochę żałuję, że nam nie wypalił tamtem kurs, bo moje tańce na weselach sprowadzają się do przedziwnych wygibasów, skoków i innych cudów z ciałem, za które mi sie ciągle obrywa od Gosi. A tak może bym wiedział co ze sobą robić przy muzyce